Żółte palce, brązowy osad na zębach oraz śmierdzący oddech — tak w młodości odbierałem palaczy, uważając jednocześnie, że co jak co, ale ten nałóg nigdy mi nie zagrozi. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że bardzo często los bywa złośliwy, a charakter słaby...
I tak tuż przed maturą niespodziewanie dołączyłem do grona palaczy. Początki były bardzo nieśmiałe, ot, jeden „marlborasek” w kawiarni lub na spacerze, potem miłe kilkuminutowe otumanienie, po czym znowu można było wrócić do siermiężnej rzeczywistości. Siermiężnej, bo działo się to tuż po tym, gdy pewien elektryk przeskoczył stoczniowy płot. Zaczął się właśnie festiwal Solidarności, w którym wolności było zdecydowanie więcej, a towarów, w tym papierosów, zdecydowanie mniej.
W efekcie każdy, kto chciał się zaciągnąć sportem, klubowym czy carmenem, najpierw musiał odstać swoje w kilometrowych kolejkach, chyba że stać go było na zakup u szatniarza w praktycznie każdej kawiarni czy restauracji. Niestety, w tych niespokojnych czasach za nałóg trzeba było tam płacić coraz więcej. Przed skokiem Wałęsy państwowa cena marlboro wynosiła 28 zł (u szatniarza 40), natomiast po skoku cena w kiosku, nomen omen, skoczyła do złotych 40 (a u szatniarza do 100). Nic więc dziwnego, że zaradni rodacy znaleźli nowe źródło dochodu i na warszawskim bazarze Różyckiego można było kupić... pety. — Pan sobie życzy cały słoik, czy może wystarczy tylko pół? — w połowie 1981 roku taka transakcja nikogo już tam nie szokowała, tym bardziej, że wszyscy wiedzieli, że „kto pije i pali, ten nie ma robali”.
Fajki na wagę
Jednak najgorsze było dopiero przed palaczami, bo, gdy pewnego niedzielnego poranka generał zabrał dzieciom „Teleranek”, to wkrótce nawet pety stały się towarem deficytowym. Ruszyli wówczas do boju zakładowi zaopatrzeniowcy, a ich zadanie było proste, ale zarazem bardzo trudne: — Wicie, rozumicie — usłyszeli przed wyjazdem w Polskę. — Klasa robotnicza musi mieć papierosy, by się zaciągnąć pełną piersią (ponieważ wolnością już się zaciągnąć nie mogła, więc trzeba było jej zapewnić jakiś ersatz). I tak do polskich fabryk i urzędów trafiły papierosy na wagę i do samodzielnego pocięcia. Jak się miało szczęście, a mój kolega raz je miał, to wśród sportów można było trafić na krakowskie marlboro. Co to była za nikotynowa uczta! W radiowej „Trójce” leciała Lista Przebojów, a my zaciągaliśmy się papierosami, które nie śmierdziały mokrą słomą! Rewelacja!
O jakości polskich papierosów było wiele dowcipów, ja pozwolę sobie przypomnieć jeden. Otóż popularne jednocześnie produkowano w Krakowie i Radomiu, ale zdecydowanie lepszą opinią cieszyły się te z Krakowa. Z tego powodu pod Wawel pojechała radomska delegacja: — Dlaczego wasze popularne są lepsze? Co wy dodajecie do tych papierosów? — spytali goście. — Wszystko zgodnie z technologią — odpowiadają krakowianie. — Najpierw dajemy wagon siana, potem wagon gnoju, wagon siana, wagon gnoju... — No to my tak samo robimy — dziwią się radomianie. — Ale my dodajemy jeszcze wiadro tytoniu! — przypomnieli sobie gospodarze...
Tajna broń Hodży
Przewodnia siła narodu, PZPR-em zwana, na gwałt potrzebowała jakiegoś sukcesu, a że na pomoc ruszyli jej towarzysze ze Związku Radzieckiego, Wietnamu, Kuby, Jugosławii i Albanii, więc "w temacie” papierosów trochę się poprawiło (z mięsem i lodówkami sprawa była już zdecydowanie trudniejsza), dzięki czemu bez problemu i — co równie istotne — bez kartek można było kupić m.in. kosmosy, 777, yugo, alberie i DS. Pamiętacie, drodzy czytelnicy, DS-y, tajną broń Envera Hodży? Jeśli chciałeś pozbyć się nieproszonego gościa, wystarczyło zapalić tego albańskiego papierosa — słodkiego smrodu deesa nie wytrzymałby nawet James Bond, więc zwykły Jan Kowalski tym bardziej był bez szans. Palenie było jednak wtedy w modzie, dlatego nawet takie wynalazki jakoś znajdowały swoich amatorów, szczególnie popularne były wśród płci pięknej (z powodu filtra). Mam przed oczami taki oto widok: pierwszy rok studiów w Toruniu, przerwa między zajęciami, więc dziewczyny wyciągają z torebek te swoje deesy i inne albańsko-jugosłowiańskie smrody. Tu warto dodać, że na początku studiów palili niemalże wszyscy, ot, taki obowiązywał wtedy sznyt. Prawie każdy właśnie uwolnił się spod rodzicielskiej kurateli, a papieros w ustach miał tę świeżo uzyskaną swobodę potwierdzić.
Karty lubią dym
W akademiku wielu zaczynało dzień od mocnego sztacha, ci najbardziej zdesperowani nie gardzili nawet niedopalonym kiepem, chociaż ten śmierdział wręcz nieprawdopodobnie. Ale jak się nie ma, co się lubi... Z tego powodu wiele śniadań „Merego” (kolega waletujący w sąsiednim pokoju) wyglądało następująco: posmarowany smalcem kawałek suchego chleba (bo na świeży nie miał pieniędzy), do tego gorzka (bo cukier wyszedł) kawa zbożowa (bo herbata też wyszła), a na deser śmierdzący niedopałek wygrzebany z pustej puszki po piwie...
Papierosy były też nieodłącznym elementem karcianych nocy, bo „karty lubią dym”. W efekcie w pokoju zawsze, zwłaszcza zimą, było tyle dymu, że można było powiesić siekierę, ale nie ma się co dziwić, jeśli trzech pokerzystów przez pięć godzin i kwadrans potrafiło spalić cztery paczki papierosów! Po 27 sztuk na głowę! W tym czasie paliliśmy caro (zdobywane u znajomego szatniarza), które uchodziły wówczas za najlepsze polskie papierosy, chociaż oczywiście nie wszyscy tak uważali („Kto pali caro, ten umrze zaro”). Natomiast w moim prywatnym rankingu najohydniejszych polskich papierosów zdecydowanym liderem były klubowe, papierosy o niezapomnianym „zapachu” palonych starych szmat wymieszanych z trampkami.
Koniec z nałogiem
Jednak po pewnym czasie mój młody wówczas organizm zaczął się buntować przeciwko hurtowym dawkom nikotyny, w efekcie wejście na czwarte piętro oznaczało solidną zadyszkę, o porannym świeżym oddechu nie wspominając. Poza tym ważną rolę odegrały przerażające zdjęcia płuc palaczy, które można było obejrzeć w akademickim ośrodku zdrowia (podobno mężczyźni takimi widokami bardziej się przejmują)... Summa summarum dojrzałem do decyzji — rzucam palenie! I chociaż wcześniej potrafiłem bez problemu dziennie poradzić sobie z 30 papierosami, to zerwałem z nałogiem raz na zawsze.
Nigdy więcej nie wziąłem papierosa do ust, mało tego, z gorliwością neofity, stałem się ich zagorzałym wrogiem, a w pociągu siadałem tylko w przedziałach dla niepalących. Chociaż tak naprawdę na oznaczenie przedziałów zacząłem zwracać uwagę dopiero po pewnej pamiętnej podróży, kiedy to w Olsztynie dosiadło się do mnie ośmiu mężczyzn wracających z pracy. Panowie rozłożyli na kolanach dwie teczki, wyciągnęli karty oraz papierosy i palili non stop do Ostródy. Oczywiście cała ósemka! W przedziale było biało od dymu, więc schowałem się za zasłonkę, którą wykorzystałem jako prowizoryczny filtr (niezbyt czysty, jak to w PKP), bo z powodu mrozu nie można było otworzyć okna.
Najważniejsze jednak, że nigdy nawet przez chwilę nie pomyślałem o powrocie do palenia, ale co się dziwić: przecież na własnej skórze przekonałem się, że papierosy są do dupy!
Artur Dryhynycz
Dołącz do grona odtrutych
Paliłeś? Rzuciłeś papierosy? Chcesz podzielić się z innymi tym, co przeżyłeś? Chcesz pokazać, że nie jest to łatwe, ale można? Napisz do nas. Skontaktujemy się z Tobą lub opublikujemy Twój list. Czekamy: tel. 89 539-75-20 oraz e-mal: internet@gazetaolsztynska.pl.
18 listopada obchodzimy Światowy Dzień Rzucania Palenia. Chcemy zachęcić nałogowych palaczy, by razem z nami rzucili palenie i tego dnia mogli dołączyć do grona „odtrutych”. W „Reporterze Gazety Olsztyńskiej” będziemy opisywać historie tych, którym się udało, żebyście uwierzyli, że można to zrobić. Nawet po 15 latach palenia.
W efekcie każdy, kto chciał się zaciągnąć sportem, klubowym czy carmenem, najpierw musiał odstać swoje w kilometrowych kolejkach, chyba że stać go było na zakup u szatniarza w praktycznie każdej kawiarni czy restauracji. Niestety, w tych niespokojnych czasach za nałóg trzeba było tam płacić coraz więcej. Przed skokiem Wałęsy państwowa cena marlboro wynosiła 28 zł (u szatniarza 40), natomiast po skoku cena w kiosku, nomen omen, skoczyła do złotych 40 (a u szatniarza do 100). Nic więc dziwnego, że zaradni rodacy znaleźli nowe źródło dochodu i na warszawskim bazarze Różyckiego można było kupić... pety. — Pan sobie życzy cały słoik, czy może wystarczy tylko pół? — w połowie 1981 roku taka transakcja nikogo już tam nie szokowała, tym bardziej, że wszyscy wiedzieli, że „kto pije i pali, ten nie ma robali”.
Fajki na wagę
Jednak najgorsze było dopiero przed palaczami, bo, gdy pewnego niedzielnego poranka generał zabrał dzieciom „Teleranek”, to wkrótce nawet pety stały się towarem deficytowym. Ruszyli wówczas do boju zakładowi zaopatrzeniowcy, a ich zadanie było proste, ale zarazem bardzo trudne: — Wicie, rozumicie — usłyszeli przed wyjazdem w Polskę. — Klasa robotnicza musi mieć papierosy, by się zaciągnąć pełną piersią (ponieważ wolnością już się zaciągnąć nie mogła, więc trzeba było jej zapewnić jakiś ersatz). I tak do polskich fabryk i urzędów trafiły papierosy na wagę i do samodzielnego pocięcia. Jak się miało szczęście, a mój kolega raz je miał, to wśród sportów można było trafić na krakowskie marlboro. Co to była za nikotynowa uczta! W radiowej „Trójce” leciała Lista Przebojów, a my zaciągaliśmy się papierosami, które nie śmierdziały mokrą słomą! Rewelacja!
O jakości polskich papierosów było wiele dowcipów, ja pozwolę sobie przypomnieć jeden. Otóż popularne jednocześnie produkowano w Krakowie i Radomiu, ale zdecydowanie lepszą opinią cieszyły się te z Krakowa. Z tego powodu pod Wawel pojechała radomska delegacja: — Dlaczego wasze popularne są lepsze? Co wy dodajecie do tych papierosów? — spytali goście. — Wszystko zgodnie z technologią — odpowiadają krakowianie. — Najpierw dajemy wagon siana, potem wagon gnoju, wagon siana, wagon gnoju... — No to my tak samo robimy — dziwią się radomianie. — Ale my dodajemy jeszcze wiadro tytoniu! — przypomnieli sobie gospodarze...
Tajna broń Hodży
Przewodnia siła narodu, PZPR-em zwana, na gwałt potrzebowała jakiegoś sukcesu, a że na pomoc ruszyli jej towarzysze ze Związku Radzieckiego, Wietnamu, Kuby, Jugosławii i Albanii, więc "w temacie” papierosów trochę się poprawiło (z mięsem i lodówkami sprawa była już zdecydowanie trudniejsza), dzięki czemu bez problemu i — co równie istotne — bez kartek można było kupić m.in. kosmosy, 777, yugo, alberie i DS. Pamiętacie, drodzy czytelnicy, DS-y, tajną broń Envera Hodży? Jeśli chciałeś pozbyć się nieproszonego gościa, wystarczyło zapalić tego albańskiego papierosa — słodkiego smrodu deesa nie wytrzymałby nawet James Bond, więc zwykły Jan Kowalski tym bardziej był bez szans. Palenie było jednak wtedy w modzie, dlatego nawet takie wynalazki jakoś znajdowały swoich amatorów, szczególnie popularne były wśród płci pięknej (z powodu filtra). Mam przed oczami taki oto widok: pierwszy rok studiów w Toruniu, przerwa między zajęciami, więc dziewczyny wyciągają z torebek te swoje deesy i inne albańsko-jugosłowiańskie smrody. Tu warto dodać, że na początku studiów palili niemalże wszyscy, ot, taki obowiązywał wtedy sznyt. Prawie każdy właśnie uwolnił się spod rodzicielskiej kurateli, a papieros w ustach miał tę świeżo uzyskaną swobodę potwierdzić.
Karty lubią dym
W akademiku wielu zaczynało dzień od mocnego sztacha, ci najbardziej zdesperowani nie gardzili nawet niedopalonym kiepem, chociaż ten śmierdział wręcz nieprawdopodobnie. Ale jak się nie ma, co się lubi... Z tego powodu wiele śniadań „Merego” (kolega waletujący w sąsiednim pokoju) wyglądało następująco: posmarowany smalcem kawałek suchego chleba (bo na świeży nie miał pieniędzy), do tego gorzka (bo cukier wyszedł) kawa zbożowa (bo herbata też wyszła), a na deser śmierdzący niedopałek wygrzebany z pustej puszki po piwie...
Papierosy były też nieodłącznym elementem karcianych nocy, bo „karty lubią dym”. W efekcie w pokoju zawsze, zwłaszcza zimą, było tyle dymu, że można było powiesić siekierę, ale nie ma się co dziwić, jeśli trzech pokerzystów przez pięć godzin i kwadrans potrafiło spalić cztery paczki papierosów! Po 27 sztuk na głowę! W tym czasie paliliśmy caro (zdobywane u znajomego szatniarza), które uchodziły wówczas za najlepsze polskie papierosy, chociaż oczywiście nie wszyscy tak uważali („Kto pali caro, ten umrze zaro”). Natomiast w moim prywatnym rankingu najohydniejszych polskich papierosów zdecydowanym liderem były klubowe, papierosy o niezapomnianym „zapachu” palonych starych szmat wymieszanych z trampkami.
Koniec z nałogiem
Jednak po pewnym czasie mój młody wówczas organizm zaczął się buntować przeciwko hurtowym dawkom nikotyny, w efekcie wejście na czwarte piętro oznaczało solidną zadyszkę, o porannym świeżym oddechu nie wspominając. Poza tym ważną rolę odegrały przerażające zdjęcia płuc palaczy, które można było obejrzeć w akademickim ośrodku zdrowia (podobno mężczyźni takimi widokami bardziej się przejmują)... Summa summarum dojrzałem do decyzji — rzucam palenie! I chociaż wcześniej potrafiłem bez problemu dziennie poradzić sobie z 30 papierosami, to zerwałem z nałogiem raz na zawsze.
Nigdy więcej nie wziąłem papierosa do ust, mało tego, z gorliwością neofity, stałem się ich zagorzałym wrogiem, a w pociągu siadałem tylko w przedziałach dla niepalących. Chociaż tak naprawdę na oznaczenie przedziałów zacząłem zwracać uwagę dopiero po pewnej pamiętnej podróży, kiedy to w Olsztynie dosiadło się do mnie ośmiu mężczyzn wracających z pracy. Panowie rozłożyli na kolanach dwie teczki, wyciągnęli karty oraz papierosy i palili non stop do Ostródy. Oczywiście cała ósemka! W przedziale było biało od dymu, więc schowałem się za zasłonkę, którą wykorzystałem jako prowizoryczny filtr (niezbyt czysty, jak to w PKP), bo z powodu mrozu nie można było otworzyć okna.
Najważniejsze jednak, że nigdy nawet przez chwilę nie pomyślałem o powrocie do palenia, ale co się dziwić: przecież na własnej skórze przekonałem się, że papierosy są do dupy!
Artur Dryhynycz
Dołącz do grona odtrutych
Paliłeś? Rzuciłeś papierosy? Chcesz podzielić się z innymi tym, co przeżyłeś? Chcesz pokazać, że nie jest to łatwe, ale można? Napisz do nas. Skontaktujemy się z Tobą lub opublikujemy Twój list. Czekamy: tel. 89 539-75-20 oraz e-mal: internet@gazetaolsztynska.pl.
18 listopada obchodzimy Światowy Dzień Rzucania Palenia. Chcemy zachęcić nałogowych palaczy, by razem z nami rzucili palenie i tego dnia mogli dołączyć do grona „odtrutych”. W „Reporterze Gazety Olsztyńskiej” będziemy opisywać historie tych, którym się udało, żebyście uwierzyli, że można to zrobić. Nawet po 15 latach palenia.