Spowiedź palacza

2010-10-25 00:00:00

Zacząłem palić papierosy, gdy miałem 15 lat. Popalałem cygara skręcone z liści okolicznych drzew i skręty z tytoniu z uzbieranych petów. Paliło się w zasadzie dla szpanu, po prostu nie wypadało nie palić.

Zacząłem palić papierosy na początku lat sześćdziesiątych. Miałem wtedy 15 lat. Mieszkałem na olsztyńskim Zatorzu. Kilka lat wcześniej ja i moi koledzy popalali cygara skręcone z liści okolicznych drzew i skręty z tytoniu z uzbieranych petów. Paliło się w zasadzie dla szpanu, po prostu nie wypadało nie palić. W szemranym towarzystwie równolatków na Zatorzu palenie nobilitowało. W tych czasach otwierano w Olsztynie sklepy typu SAM – doskonały punkt zaopatrzenia na fajki, oranżadę w proszku i pierwsze gumy do żucia.

Najbardziej poszukiwane były aromatyzowane "mewy" i "carmeny". Kosztowały wtedy 12 zł za 20 sztuk, czyli połowę 100 gramowej czekolady. W kiosku na rogu Limanowskiego i Moniuszki pani oferowała najtańsze papierosy na sztuki -15 groszy za jednego „sporta”. Jak napisałem na dobre, jednak zacząłem palić w pierwszej klasie technikum.

Dzisiaj mam 65 lat i od 6 lat nie palę i przeklinam chwilę kiedy pierwszy raz zaciągnąłem się "sportem" czy "mazurem".
W technikum praktycznie w mojej męskiej klasie wszyscy palili. Ryzyko było duże, gdyż gdy belfer cię namierzył, w gabinecie dyrektora serwowano 100 gr tranu na odbudowę organizmu lub 50 gr oleju rycynowego na jego oczyszczenie. Nie pomogło.

Podczas służby wojskowej - na każde hasło – wolno palić, sięgało się do kieszeni munduru, by przerwę wypełnić tytoniowym dymem. Już jako podoficer paliłem bez rozkazu.
W cywilu w pracy po posiłku wypadało zapalić, także przy piwku i innym alkoholu dymek stawał się wręcz nieodzowny. Przerwy w naradach, spotkaniach, sesjach po prostu nakazywało popalanie.

Nigdy podczas wielu lat intensywnego palenia nie próbowałem rzucić nałogu. Bałem się ośmieszenia w swoim środowisku, gdy zamiar nie powiedzie się.
- W zasadzie poważna myśl o pożegnania nałogu nadeszła w połowie lat dziewięćdziesiątych zacząłem palić niby coraz słabsze papierosy, lecz paliłem coraz więcej. Zdarzało się, że spalałem dziennie 40 szt.

- Pewnego dnia poszedłem prywatnie do znanego w Olsztynie kardiologa . Jak zwykle pierwsze pytanie – palisz pan? Niestety tak. Dobrze trafiłem... Mój lekarz sam wiele lat miał te same problemy.
Oto co mi powiedział:
– Widzi pan wiele osób rzuca palenie, nagłaśnia swoją decyzję wszem i wobec. Wyrzucają posiadane papierosy i męczą się przez kilka dni. W końcu nie wytrzymują i wracają do nałogu. Ja mam propozycję. Jeżeli jest pan przekonany, że chce pan pozbyć się nałogu, w sytuacji kryzysowej zapal pan sobie.

- Tak zrobiłem. W pracy nie dało się ukryć, że nie palę . Wszyscy obserwowali pilnie swego kierownika licząc, że za kilka dni będą mieli niezły ubaw. Ja zaś kilka razy dziennie wychodziłem do toalety, gdzie wdychałem kilka dymów. W pierwszych dniach w taki sposób wypalałem dziennie 2-3 papierosy. W następnych dniach paliłem coraz mniej, chyba po tygodniu przestałem palić całkowicie.
Papierosy śniły mi się po nocy, budziłem się przerażony, że mi się nie udało.
Ostatnim sprawdzianem była impreza z alkoholem, bałem się, że mogę pęknąć, lecz szczęśliwie wytrzymałem.

Dzisiaj nie znoszę zapach papierosowego dymu, wyczuwam go z kilkudziesięciu metrów. Pocieszające jest to, że coraz mniej jest palących. Młodzi też rzadziej sięgają po tą truciznę, boję się jednak, że zastąpią ją inną, może bardziej niebezpieczną używką.
MIREK, internauta

A Wy co robicie, by rzucić palenie? Podzielcie się swoją historią! Piszcie na maila: internet@gazetaolsztynska.pl
Uwaga! To jest archiwalny artykuł. Może zawierać niaktualne informacje.